Komorów. 26.VIII.1959 środa
Dwa lata temu umarł mój sąsiad z jednej strony, potem Jaźwiński, od którego moją działkę kupiłam – teraz sąsiadka z lewej strony /Wspomniani zmarli to: Jan Tenczyn, Apolinary Jaźwiński, Bolesław Jabłoński/. Rzecz więcej niż pewna, że teraz kolej na mnie. To nie jest bodziec do rozpoczynania czy nawet do kończenia czegokolwiek. Uczucie, jakby się stało zmęczonym na drodze, w której się otwarła przepaść. Ani zawrócić, ani donikąd iść. Sprawa definitywnie przegrana. Kwestia tylko, jak długo będzie trwał jeszcze ten postój. Czasami, gdy jestem w lepszej formie, zdaje mi się, że jeszcze długo, że jeszcze dokąś dojdę – jakoś chytrze, boczną drogą, ominę przepaść i będę jeszcze sporo szła, nim się znowu otworzy.
Brzostkowa wróciła we wtorek rano. Cała jeszcze żyje ceremonią pogrzebu, opowiada, jak na życzenie księdza śpiewała idąc za trumną „Witaj, Królowo”, a ksiądz potem ją chwalił, że to był cud, nie śpiew. Zważywszy na wyjątkowe okoliczności nie strąciłam jej nic z tego, co dostała na pogrzeb i podróż, i wypłaciłam jej dziś normalną pensję. Tak, że kosztowała mnie za sierpień 900 zł. Ale otrzymawszy pieniądze od razu poweselała i wzięła się chętnie do roboty.
1.IX.1959 wtorek
Od wielu miesięcy potęgują się braki w zaopatrzeniu – do wymiarów zaiste monstrualnych. W Komorowie w ogóle niczego nie można dostać, a w pustym sklepie mięsnym można zobaczyć „sprzedawcę” ofiarującego wchodzącym śliwki. Czasami widzi się go, jak śpi na ladzie. Tak samo zresztą w Warszawie widziałam pusty sklep mięsny, w którym sprzedająca spała z głową na rękach złożonych na ladzie. Do jakiego stopnia ludność jest już „uposłuszniona” i spotulniała! W każdym żywym kraju przy takich ponurych okolicznościach od dawna byłyby już rozruchy głodowe, a nawet rewolucja. I u nas zresztą słyszy się już o rosnącym wzburzeniu robotników.
11.XI.1959 środa
Około 12 w nocy tak upadłam na duchu, a raczej na ciele, że zatelefonowałam do płk.dr.Kaczurby /Adam Kaczurba (ur.1907), pułkownik, lekarz-rentgenolog. Ukończył wydział lekarski UW służąc w szkole podchorążych sanitarnych; do 1939 pozostał wychowawcą i instruktorem w tej szkole. Brał udział w kampanii wrześniowej. Podczas wojny był ordynatorem oddziału wewnętrznego Szpitala Ujazdowskiego, później dyrektorem epidemiologicznego szpitala w Siedlcach. Od 1944 do 1970 w WP, pracował Centralnym Szpitalu MON. W l. 1935-66 mieszkał w Komorowie będąc bliskim sąsiadem Dąbrowskiej/, widzą, że u nich jest jeszcze światło. Przyszedł, bardzo uprzejmy – tylko, że niestety nie ma ani zastrzyków, ani aparatu do mierzenia ciśnienia. Ale przyniósł ze sobą tak dobrą, poczciwą aurę, że sama jego obecność przyprowadziła mnie do jakiej takiej przytomności. Stwierdził, że tętno nie jest napięte, a więc ciśnienie w tej chwili nie może być za wysokie, że puls jest 96-i że narobiłam sobie tego biorąc kardiamid, i to dwa razy.
Siedział gawędząc ze mną prawie do drugiej w nocy. Jest radiologiem i tutaj nie praktykuje. Opowiadał o Meksyku, gdzie był na zjeździe radiologów.
Wyszło w końcu tak, że pod wpływem głupiej paniki zafundowałam sobie nocną randkę z przyjemnym starszym panem. Było mi jakoś głupio, ale nie żałowałam, bo naprawdę jego obecność była dla mnie uzdrawiająca.

Irena i Maja Komorowska z synem Pawłem
11.XII.1959 piątek
W nocy słyszałam, że coś pada, ostro i gęsto stukając w okno. Myślałam, dziwiąc się, grad? Krupy śnieżne? Lecz gdy dzień nastał, okazało się coś bardziej dziwnego. Przy sześciu, a potem trzech stopniach mrozu cały dzień pada coś w rodzaju szklanego deszczu. Pierwszy raz widzę coś podobnego. Nie śnieg, nie krupy, tylko dźwięczące, przejrzyste drobinki lodu. W powietrzu tego nie widać, ale toczą się po blasze podokiennej i słychać szklisty szelest pośród nagich gałęzi.
3.I.1960 niedziela
Przed południem mimo padającego deszczu poszłyśmy do Hołyńskich z życzeniami noworocznymi.
Jakaś scena Goyowsko-Breueglowska. Ich w zeszłym roku zbudowana chałupinka zaroiła się od suczek – wszystkie namiętnie przyjazne i uradowane zachowują się tak, jakbyśmy do nich właśnie przyszły w gościnę. Jest się obskoczonym, dokumentnie na wszystkie strony oblizanym, wszystko to się łasi, wdzięczy, jedno na kolanach, drugie włazi pod pachę, trzecie wspina na kark i liże w ucho, inne wije się u nóg, liżą ręce. Zgiełk, jazgot, skomlenie – ledwo można rozmawiać.
Pani Hołyńska od razu na wstępie zapytała, czy Dyl wrócił. I obie z Nadzią /Nadzieja Iwaniec, pochodziła z Białorusi, od 14 roku życia pracowała u J. i I. Hołyńskich, wówczas przy hodowli psów./ opowiedziały nam wzruszającą przygodę Dyla. Nadzia jechała z suczką „na wesele” do Włoch, nagle okazało się, że Dyl jest w kolejce. Ktoś zaczął wołać: „To pies pani Dąbrowskiej”. Kto inny: „To trzeba go przerzucić do pierwszego wagonu. Pani Dąbrowska zawsze jeździ w pierwszym wagonie”. Ktoś jeszcze: „Gdzie by pani Dąbrowska tak wiozła go bez smyczy. On się zabłąkał”. Nadzia poradziła, żeby go wyrzucić z pociągu w Pruszkowie. „A czy on trafi do domu?”. „Trafi, trafi”. Konduktor więc w Pruszkowie go wyrzucił. I Dyl trafił, a nam nawet przez myśl nie przeszło, co się z nim działo.










Dodaj nową odpowiedź