Komorów. 9.VI.1958 poniedziałek
poniedziałek wpół do piątej z Dylem na spacer do lasu. Wyhasał się, a ja weszłam od razu w ptaki. Takiego gwizdania kosów, poza ziemiami zachodnimi, jeszcze żem w Polsce nie słyszała. Chyba ich z dziesięć gwizdało, nade mną, za mną, przede mną i z obu stron. A jak echo słychać było i dalsze w innych partiach lasu. Szłam więc w tym wielkim gwizdaniu prześwidrowała nim jak sito. Jeden kos na szczycie dębu gwizdał aż dziesięć tonów. A pogwizdywały i wilgi, śpiewał drozd i kukułka kukała.
14.VI.1958 sobota
O 7 wieczorem na zebraniu Komorowskiego Komitetu Budowy Domu Gromadzkiego. Czysta fikcja. P.Mrozowski /Stanisław Mrozowski (1894-1962), ekonomista, były dyrektor handlowy PKO, biegły sądowy/ uprosił mnie na honorowego przewodniczącego tego Komitetu. Ale z toku zebrania sądząc – nie widzę, aby mieli jakieś realne wyobrażenie tego, co chcą zrobić. Nie wiedzą właściwie, jakie ma być przeznaczenie tego domu. Chcą zacząć od składek obywatelskich. Ale żeby pobudzić ofiarność publiczną, trzeba pobudzić wyobraźnię Polaków. Nikt nie da ani grosza na lokal Gminnej Rady Narodowej z salą na zebrania. Sama nazwa „sala na zebrania” usposabia tak, że ludzie wieją, gotowi raczej zapłacić, żeby takiej sali nie było.
28-31.VII.1958 poniedziałek – czwartek
Te dni minęły pod znakiem kanikuły, zupełnego farniente, jeśli nie liczyć pracy w ogrodzie, w którym codziennie jest wiele do zrobienia. To mi zawsze sprawia przyjemność. Nęka mnie tylko myśl, jak ja przy takim próżnowaniu, przy takim już braku sił i w moim wieku zdołam jeszcze zarobić na utrzymanie dwu domów i sześciu osób! Anna nawet zdrowa i w pełni sił bardzo mało jest w stanie zarobić, a jeśli co zarobi – wyda natychmiast na cokolwiek. A teraz restauracja jej sił i zdrowia będzie wymagała wielu miesięcy.
5.VIII.1958 wtorek
Teraz, kiedy ludzkość tak pyszni się triumfami (lub może tylko sukcesami – Norwidowskie rozróżnienie) swej nauki – uderzają mnie niezmierne objawy nieznajomości rzeczy znanych. Cóż wiemy o sobie, o ludziach, przedmiotach, którymi się posługujemy, albo np. o ptakach. Zdawałoby się, że na wsi wychowana wiem coś niecoś o ptakach. Tymczasem wszystko mi się pomieszało. Czy ten malutki ptaszeczek, którego widuję na gruszy przed oknem, to strzyżyk czy mysikrólik? Do kogo należy ten lub ów szczebiot? Co jest głosem zięby, co sikorki lub szczygła? Czy te ptaki, co tak gromadnie świszczą, piszczą, kląskają, pogwizdują na brzozach , to w końcu szpaki czy trznadle? I nic nie wiem o ptakach. /Z tych rozmyślań powstała impresja Nic o ptakach, pierwodruk „Życie Warszawy”, 1958, n-ry 307-8, przedruk w „Opowiadania, 1967./
Około dwunastej wychodzę na stację po Erazmów. Oboje są już bardzo starzy. To wspaniali ludzie, wyjątkowo niezależni od jakichkolwiek zewnętrznych okoliczności, ale w końcu też jakoś nic z tej niezależności – jakby nie opłacało się być aż tak niepodległym.

Dyluś
6.VIII.1958 środa
Po południu Henryk. Spacer w stronę dawnego dworu. „Pałac”, park zupełnie zdziczały, wielkie podwórze, resztki ładnej bramy podwórzowej, dawne czworaki, jakiś dach kryty gontem. Henryk mówi: „Jakby dawny utwór muzyczny”.
14.IX.1958 niedziela
W Komorowie odpust, przeniesiony z 8 września. Ponieważ na tę Matkę Boską Siewną były imieniny Mariana, poszłam na dziewiątą na mszę. Ksiądz miał kazanie o tym , że w przyszłą sobotę przyjedzie biskup i jak będzie ubrany. Potem egzaminował dzieci z sakramentów świętych (z których drugim jest bierzmowanie, choć powinno być trzecim) i krzyczał na nie, bo nie umiały. I że przy bierzmowaniu mają sobie przybrać imię, ale nie od jakichś słowiańskich rycerzy, np. Zdzisław, tylko imię od świętych patronów, co są w niebie. I długo o imionach, że na chrzcie ludzie chcą, żeby nadawać imiona np. od kwiatów, np. „Pelargonia”. I tym podobne banialuki. Żeby też któremu przyszło na myśl mówić jak ludzie mają żyć, jacy mają być dla drugich ludzi. Kościół przestaje być zupełnie szkołą moralności, szkołą życia.










Dodaj nową odpowiedź