13.II.1958 czwartek
Po południu i wieczorem do siódmej, mimo pewnego znużenia, piszę brulion artykułu o „Leśniku” Kuncewiczowej. Po południu wychodziłam też na chwilę. Spotkałam p.Hołyńskiego. Prowadził czarną wielką pudlicę, trzymał ją na smyczy, a w rękach miał kaganiec. Zapytałam, dlaczego tyle psiego rynsztunku? Odpowiedział: „Bo jeździłem z nią do miasta, do Warszawy. Wyszła w Warszawie za mąż. Jeździłem – powtórzył – w celach matrymonialnych”. Roześmiałam się, on zaś na to: „A jakże. To się odbywa przy dwu świadkach, wciąga się do ksiąg z dokładnymi personaliami obojga, datą roku, dnia i godziny. Urząd stanu cywilnego!”. To heca!
14.III.1958 piątek
Wczoraj siadłam nagle, pierwszy raz w życiu, napisałam od ręki po francusku tekst „o sobie” do owego „Międzynarodowego Uniwersytetu Radiowego”. Wyszło lekko dowcipnie, zabawnie. Przepisuję to czekając na Klimaszewskiego. Anna nazwała ten tekst uroczym. Klimaszewski przyszedł po południu z dwiema propozycjami: albo w innym miejscu kopać studnię „kręgową” albo w tym samym miejscu robić studnię bitą na 25 m, tak by rurą metalową przebić „kurzawkę” i dostać się do warstwy piasku. Trzy razy droższa, ale daje gwarancję, że podziemne wody jej nie uszkodzą. Godzę się na to drugie, bo co mam robić?
7.IV.1958 Poniedziałek Wielkanocny
Wróciłyśmy z Tulą i p.Hanią do Komorowa (Anna została jeszcze). Musieliśmy wysiąść na żużlowej drodze, bo auto za lekkie i z niskim podwoziem – nie pokonałoby przepaści błota.
W domu okazało się, że piwnice zalane są wodą. Zalane – c’est pas le mot – napełnione są wodą. Nowa zgryzota, mimo której zdołałam napisać list do Jerzego Stemp. I zaczęłam dalej przepisywać „Dziennik” – ale właściwa twórcza robota – „gdzież, ach gdzież!”

Dom w Komorowie - rys. Maria Dąbrowska
28.IV.1958 poniedziałek
Jestem w o wiele większej dekompozycji duchowej, niż ktokolwiek może to sobie wyobrazić. Męczy mnie uczucie wypuszczania wszystkich spraw życia z ręki. Wieczory są tu straszliwie samotne i odludne, zwłaszcza z tym niebem zawalonym chmurami, z tym deszczem i wiatrem nieprzyjaznym. Pewno nic innego nie jestem warta nad tę samotność pełną trosk, ale człowiek z trudem godzi się, że ma już tylko to, czego jest warty. Może innego życia też już bym znieść nie mogła, a jednak wciąż jeszcze tęsknię za jakimś innym życiem. Słowem, czuję się niewygodnie w istnieniu i nie wiem, czy to kwestia starości, czy po prostu nie umiem już sobie stworzyć warunków dobrych na samopoczucie.
W sobotę rano Dyl uciekł mi na spacerze do pp.Hołyńskich. Nie spostrzegłam się, że wiatr wieje od ich strony. Jak tylko poczuł psią (a raczej suczą) fermę, pomknął jak strzała. O drugiej przyprowadziła go Magda Komorowska, która chodziła tam po Żabę. Dyl nieszczęśliwie kocha się w Żabie, po prostu klęka przed nią ze skomleniem. Ale, niestety, jest jeszcze naiwny i niewprawny (zaczął 11 miesiąc życia). Nie zdołał jej zdobyć, a w tym czasie, kiedy „wychodziła za mąż” u Hołyńskich, był bardzo niespokojny, wył i płakał biegając przy siatce ogrodu. Raz zawył nawet w nocy wśród snu. We wtorek, gdy któryś z robotników studniowych otworzył furtkę, poleciał do Magdy. Tam jakby mu ktoś powiedział, że Żaba jest u Hołyńskich, pomknął do nich. Właśnie tego dnia „oddana została innemu”. Szukaliśmy Dyla po całym Komorowie, p.Hania, Jasia i ja. O 9 wieczorem przyprowadził go na smyczy p.Hołyński „okrutnie przepędzonego” i bardzo pokornego. Jakoś wzrusza ten nieszczęśliwy romans szczeniaka.
30.IV.1958 środa
Katastrofalna sytuacja powodziowa trwa w całej Polsce i u mnie to samo. Woda z piwnicy nie schodzi, studnia stoi nie wykończona, ani robotnicy, ani Klimaszewski nie przychodzą. Coraz gorzej czuję się w tym przeklętym Komorowie. Jakże wielką miałam rację broniąc się całe życie przed posiadaniem czegokolwiek, choćby tylko „domku z ogrodem” – choć jednocześnie marzyłam o tym. Lecz raczej trzeba było trwać całe życie w ambiwalencji niechcenia i pragnienia, niż mieć zrealizowane to, co przy końcu życia jest już za ciężkie na moje siły.
!.V.1958 czwartek
Pierwszy raz w tym roku nieskazitelnie piękny, błękitny, słoneczny, bardzo ciepły, prawie gorący dzień. Przed południem spacer z Anną do lasu, inną niż zazwyczaj drogą. Znajdujemy całe obrusy kwitnących białych zawilców. Cały spód lasu jest podesłany bielą. Właściwie pierwszy raz widzę zawilce kwitnące w lesie, a nie w ręku miejskich kwiaciarek. Zawsze więc jeszcze nawet w najpowszedniejszym otoczeniu możliwe są rzeczy pierwszy raz oglądane. Pierwsze widzenie to źródło najradośniejszych uniesień. Czemuż ich nie doznaję? Zaledwie je pamiętam i konstatuję tylko z bladym wewnątrz rozweseleniem: dziś po raz pierwszy w życiu widziałam las podszyty bielą kwitnących zawilców.
6.V.1958 wtorek
Przyjechali ci chińscy pisarze z Anną samochodem. Było ich dwu nie mówiących żadnym europejskim językiem i tłumacz umiejący zaledwie kilkanaście zdań w złym rosyjskim języku. Ale jakoś dogadaliśmy się, że jeden z gości jest poetą, drugi krytykiem. Pytali mnie, ile mam lat, Anna podpowiedziała: „Powiedz, że trzysta, u nich tylko wiek ma znaczenie”. Byli to jedyni goście zagraniczni, którzy poprosili o spacer na wieś, wypytawszy wprzódy, czy jest tu chłopska wieś. Poszliśmy zatem na wieś, gdzie budzili sensację, nic sobie z tego nie robiąc, „zwiedzali” obejścia, zaczepiali dzieci. Częstowałam ich kawą. Zapytali, czy u nas zeszłego roku był szczególnie bogaty urodzaj kawy, bo tak wszędzie i o każdej porze częstowani są kawą. Zapomniałam, że to naród herbaciany , choć, zdaje się, herbatę inaczej niż my przyrządzają.










Dodaj nową odpowiedź