30.V.1957 czwartek
Rano Anna z p.Hanią poszły do „Ładu” kupować meble do Komorowa. Anna jest rzeczywiście dobrodziejem, że jej się chce dla mnie tym zajmować.
Komorów 11.VI.1957 wtorek
Jestem od soboty w Komorowie. Żadnego poczucia, że to jest mój własny dom z ogrodem. Dziwne miejsce pobytu straszliwym kosztem moich pieniędzy i Anny nerwów urządzone. Czuję się tu szczęśliwa, po prostu dlatego, że jestem sama, czego w tej chwili najbardziej potrzebuję. Myślę, że zamieszkam tu na stałe i do Warszawy będę tylko bardzo rzadko dojeżdżać. Może w ten sposób odzyskam jeszcze siebie samą, mój własny styl życia, dom, który będę sama prowadziła. Zajmowanie się domem to była zawsze połowa szczęścia dla mnie. Zdaje się, że będę dozgonnie wdzięczna Annie za decyzję kupienia tego domu.

Anna Kowalska w Komorowie
27.VI.1957 czwartek
Parę pierwszych wrażeń szczęśliwości i jestem znów w stanie bardzo bezradnym. Całe dnie w domu wciąż robotnicy, tak, że o żadnej pracy nie ma mowy. Pieniądze płyną jak Missisipi ze wszystkimi dopływami, jestem pierwszy raz w życiu w wielkiej nierównowadze finansowej.
23.VII.1957 wtorek
Przestałam pisać, przestałam notować – urządzałam dom w Komorowie. Nowe doświadczenie pasjonujące, choć raczej niewesołe. Opłaci się, o ile odzyskam tu zdrowie i siły wykonawcze do pisania. Bo tematów i myślenia to nie brak.
8.VIII.1957 czwartek
Dużo pracuję w ogrodzie, to są jedyne chwile zapomnienia o moim błędnym kole.
9.VIII.1957 piątek
Rano ku mojej radości przyjechała Anna. Po południu spacer z nią i z Tulcie nad rzekę, która się okazała uwiecznioną przez Iwaszkiewicza Utratą.
11.VIII.1957 niedziela
Noc była czarodziejska, pełna księżyca. I cały dzień pogodny – jaka to rzadkość tego lata! Ale źle sypiam i jak kiedyś Stachno – z lękiem zawsze myśleć o nocy. Rano z Tulą i p.Hanią do Kościoła. Kościołek maleńki, ledwo wewnątrz na biało wykończony, a na zewnątrz dotąd nie otynkowany, maleńki, ale już przy mszy na dziewiątą był pełniutki. Więcej kobiet jak mężczyzn, a wśród mężczyzn więcej młodych jak starych. Między starymi – typy elegantów początku tego wieku – stara panama w ręku, laseczka, nóżka trochę drobiąca, niepewna, spodnie beżowe. Cały kościół śpiewał pieśni, pierwszy raz usłyszałam chórem śpiewaną ową sławną pieśń: „My chcemy Boga”. Muszę od p.Hani wziąć jej słowa. Myślałam nie bez wzdychania, że chcąc poznać naprawdę, jakie serce bije w tym narodzie i jakie myśli kołaczą się w tych „czerepach rubasznych”, trzeba wejść w to życie obrzędowe i katolickie. Ale pożal się Boże, jaki to nędzny i marny jest ten polski katolicyzm, nie potrafiący zaradzić żadnemu złu trawiącemu Polskę, powierzchowny, fanatyczny, tępy.
Proboszcz /ks. Józef Jakubczyk (1898-1972), proboszcz parafii w Pęcicach, do której należał Komorów, a następnie – po zbudowaniu kościoła w Komorowie, do czego się przyczynił – pierwszy proboszcz w Komorowie w l. 1957-65/. starszawy, otyły katabas. P.Hania powiada, że tutejsze towarzystwo nie lubi go za tchórzostwo. Jakoby do Października, gdy tutejsze osierocone rodziny zamawiały msze za poległych w czasie okupacji i w powstaniu AK-owców, odprawiał je, nawet nie wspomniawszy na jaką są intencję. Ale kto może wiedzieć, czy to prawda?
W kościele spotkałyśmy panią Hołyńską / Irena i Józef Hołyńscy. Po rewolucji 1917 utracili majątek ziemski na Podolu. W okresie międzywojennym mieszkali w Brześciu. J.Hołyński był adwokatem. Po II wojnie światowej trafili do Komorowa, nabyli działkę i założyli hodowlę psów rasowych. Poza stosunkami sąsiedzkimi Dąbrowską połączył z nimi pies Dyluś, który stamtąd pochodził (por. nowelę Szczęśliwa istota). Obydwoje nie żyją; po śmierci J.Hołyńskiego w końcu lat 60-tych hodowla wygasła./ , wzięła Tulę i zaprowadziła do nowej znajomej, Magdy Komorowskiej. Tulcia wróciła od niej po prostu nieprzytomna ze szczęścia. I już taka rozkochana w nowej przyjaciółce, że chce za jej przykładem zapuścić „koński ogon”......
Do południa z Anną na spacer nie znaną mi dotąd stroną przez 1 Maja ku „dworskiej” alei lipowej. Potem przez lasek sosnowy na drogę wysadzaną bardzo starymi olbrzymimi akacjami o dramatycznie powykręcanych konarach i dalej ku dworcowi kolejki – brzozami. brzozami dwu stron tej drogi – dwa Komorowy. Z lewej – idąc od folwarku – w dzikim cieniu stare domy w typie dawnych żydowskich „letników”. I w samej rzeczy przypuszczam, że to są domy pożydowskie. Pani Hołyńska mówiła, że wielu ludzi w Komorowie „zbogaciło się” na majątkach pomordowanych Żydów. Ta ohyda jednak istniała i wielu miejscowościach, Polacy się tą grabieżą zhańbili. Po drugiej stronie drogi stoi cała kolonia nowych domków, to spółdzielnia mieszkaniowa o nazwie, jak mi mówiono, „Domeczek” /Spółdzielnia Mieszkaniowo-Budowlana „Domeczek” w Komorowie, powstała w początku lat pięćdziesiątych, budowała domki na dwóch terenach, zasiedlone w 1956./. Domki nie są ładne, za ciasno stłoczone, ale każdy ma jakiś drobny akcent architektoniczny wyróżniający go od innych. Kiedy zostaną wykończone i podrosną ogródki – staną się miłe. W jednym ze starych domów pożydowskich jest jakaś ferma hodowlana. Prócz indyków, perliczek, kaczek i kur widać tam pawie, które zresztą słyszę, jak krzyczą wieczorami przed zmierzchem.










Dodaj nową odpowiedź