14.XII.1962 - 20.V.1963

14.XII.1962 piątek
Mela dokonała dziś mnóstwa rzeczy z godną podziwu energią. Weszła z okrzykiem:- „trzy rzeczy załatwiłam! Więcej mam szczęścia jak rozumu”. A ja mam teraz mnóstwo węgla i odrobinę koksu. Jednak wieczorem p.Szczypior /Czesław Szczypior (ur.1910), zawiadowca ruchu i łączności Elektrycznej Kolei Dojazdowej, obecnie WKD. Żołnierz AK. Członek Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Pruszkowie, przewodniczący Komitetu FJN i Samorządu Osiedlowego w Komorowie. W wielu praktycznych sprawach dopomagał pisarce/ zatelefonował, że i koks, ten urzędowy, nadejdzie zapewne w tych dniach. Wśród tego całego bałaganu przemogłam się jakoś i napisałam pierwsze dwie strony XX rozdziału

16.XII.1962 sobota
Wbrew zapowiedziom meteorologów ciągle pada śnieg i temperatura trzyma się około zera. Przed południem idziemy z psami do lasu. Jak tu pięknie – popielato – biało – rdzawe – złotawo – szaro-buro – jak na najpiękniejszych zimowych rysunkach, czy szaro-białych akwarelach chińskich z XII wieku. Gdybyż ten śnieg chciał potrwać! Pejzaż zimowy bez śniegu jest w naszym klimacie przygnębiający jak wielka niestosowność natury.

18.II.1963 poniedziałek
Ponieważ dwie tony w żaden sposób mi nie wystarczają przy wciąż trwającej wielkiej zimie, skorzystałam więc nieoczekiwanie z dostaw „na lewo”. Pewnego dnia o czwartej po południu zajechał raptem pod furtkę olbrzymi furgon pocztowy z napisem „Łączność” – ciężarówka jak kamienica. Weszło dwu drabów. „Pani zamawiała koks”. Wystraszyłam się tak, że dostałam bólów anginalnych i tętna ponad sto. „Ależ panowie – kto zajeżdża takim wozem olbrzymim? Przecież tu się ludzie zbiegną. Ja się boję brać tego koksu”. „Co pani wygaduje, my na co dzień z koksem jeździmy, a pani się boi. My mamy kwity, wszystko w porządku, czego pani się tak trzęsie?”.
„To dla mnie straszny kłopot”. „Żeby pani tylko takie kłopoty miała. Niech pani siądzie przy oknie i liczy kosze, będzie 40 koszy po 50 kilo”. Było tam prócz szofera czterech mężczyzn, jeden wyjął okno, trzech nosiło, zwijali się jak diabły, w pół godziny znieśli wszystko, przyszedł ów przedsiębiorca, człowiek cichy, łagodny, niemal anielski, zabrał 2200 (po 1100 tona) zł i je4szcze wieczorem przyszedł, żeby pomóc Meli zgarnąć to, czego wskutek zawalenia okienka nie zdołali wsypać, i zamknąć okno.
Ale naliczyłam tylko 36 koszy – możliwe, że przerwał mi ów dostawca. Wszedł do pokoju – myślałam, że to ktoś obcy, znów się zlękłam i na chwilę odeszłam od okna, a to szło piorunem.
Myślałam, że w ciągu tego czasu trupem padnę – ta walka świadomości, że jednak muszę kupić ten koks, bo inaczej nie przetrzymam zimy – z rozpaczą, że oto korzystam z opału kradzionego. Dotknęłam gospodarczego podziemia, a przecież nie miałam innego wyjścia. Ta żebranina u władz też była upokarzająca.



Spacer w Komorowie

15.IV.1963 Poniedziałek Wielkanocny
Wczoraj w pół do piątej rano zaczęła się wielka strzelanina rezurekcyjna. Dalibóg, pierwszy raz taką w Komorowie słyszałam. Obudziło nas to, a Dyl tak się przeraził, że dał istne przedstawienie psiej paniki. Prze cały czas trwania strzałów dygotał, ziajał, krył się za moją poduszkę, oczy wyszły mu na wierzch, nie wiedział, gdzie się podziać, ogon, a raczej szczątek ogona wtulił tak pod siebie, że był jak przyrośnięty do zadka. Kiedy poszłam go wypuścić, bojąc się, aby się nie posikał ze strachu, zrazu podskoczył ochoczo, snadź pewny, że w ten sposób ujdzie spod huku, ale gdy na schodkach usłyszał huknięcie, zawrócił przerażony do domu i jeszcze do godziny 10 bał się wyjść z domu. Ale zachowywał się przez cały czas przyzwoicie, żadnych fizjologicznych skutków jego przerażenia nie było. Pierwszy raz coś podobnego widziałam, tulił się do nas jak człowiek.

20.V.1963 poniedziałek
Minął tydzień bardzo pięknej pogody, choć z przelotnymi burzami i deszczami. Od lat nie pamiętam równie pięknego maja, a pierwszy raz, odkąd jestem w Komorowie, śpiewają tu namiętnie i masowo słowiki. To dla mnie bardzo wielkie przeżycie, że nocą nie mam ochoty zasnąć, bo wolę słuchać słowików. Jaka natura jest tajemnicza – niechże to wyjaśnią naukowcy opętani zakłócaniem ładu w kosmosie, dlaczego przez sześć lat nie było tu słowików lub dawały się słyszeć wyjątkowo, dlaczego nie było ich w zeszłym roku, kiedy tak długo i tyle wody było w Komorowie – a w tę stosunkowo mało mokrą wiosnę śpiewają dzień i noc na każdej niemal działce. Tylko w moim ogródku ich nie ma.