17.I.1962 środa
Wstąpiłam do Toli Wąskiej. Dziwną grę prowadzi ta wciąż jeszcze piękna kobieta ze śmiercią. Od czterech lat wciąż mówi o tym, że „odchodzi z pełną świadomością”, i tak odbywa się to Beckettowskie przedstawienie, aż się raz w istocie zakończy śmiercią, choć nie wiadomo, czy np. ja ją przeżyję, a nie ona mnie. Zaczynam widzieć ją, jak ową Winnie z drukowanej w ostatnim „Dialogu” dwuaktówki Becketta „Radosna śmierć”, coraz głębiej wkopująca się w ziemię (choć przy czytaniu rzecz wydawała mi się idiotyczna).
Komorów. 29.VII.1962 niedziela, wieczorem
O siódmej, kiedy siadałam do herbaty, nieoczekiwanie zjawił się ksiądz, którego widuję niekiedy na ulicy. Nazywa się Feliks Leśniewski, spędza urlop czy odbywa (jak mówił) kurację u siostry mającej domek w Komorowie. Wysoki, szczupły, wygląda bardzo młodo, zdumiałam się, gdy powiedział, ze ma już pod siedemdziesiątkę. Bardzo sympatyczny – jest bez parafii, co trochę zagadkowe. – „Ach, mam już dosyć tego wszystkiego – powiedział – ale staram się o parafię i pewno coś dostanę, bo przecież trzeba z czegoś żyć”. Był proboszczem w okolicach Włodawy, narzekał, że to taki zabity ciemny kąt. Ale nową parafię może dostać tylko w diecezji siedleckiej, bo do tej diecezji należy.
Chodzi w kremowym „prochowiaku” nakładanym na sutannę i tym zwrócił moją uwagę, bo rzadko widuję się księży w jasnym okryciu. Tak tu jestem przeraźliwie samotna, że każda czyjaś o mnie pamięć i bezinteresowna wizyta robi mi wielką przyjemność – byle w porę, - a przyjście w czasie posiłku jest właśnie bardzo w porę. Poczęstowałam go migdałowym tortem i herbatą i porozmawialiśmy bardzo mile. Byłam mu wdzięczna za przerwanie tej straszliwej niedzielnej pustki.
29.VIII.1962 środa
Jestem do śmierci uwięziona w Komorowie. Ni ma już celu ani narzekać, ani coś chcieć urządzić, przeobrazić. Pod koniec długiej drogi jest się zmęczonym i trzeba tylko cierpliwie doczekać końca podróży. Ostatnie 18 lat były ciężkie, ale i one miały chwile złudzeń i ulgi. Wszystkie poprzednie znaczone były nieszczęściami jak piorunami, ale na ogół miały potężny ładunek szczęścia. Aż za dosyć na jedną osobę.
3.X.1962 środa
Dziś zdobyłam się na pójście do fryzjerki, ale szłam noga za nogą – i tak słaba, że nawet rozmowność przy zabiegu mnie opuściła. Ponieważ znaczną część tego stanu przypisuję nerwom, zadzwoniłam dziś do dr Ancerewicza prosząc, żeby mi skontrolował ciśnienie. Wszystko znalazł świetnym – ciśnienie 150-90, serce „jak zegarek”, słowem, kiedy tak dobrze, dlaczego jest tak źle.
Ale w istocie znacznie mnie to uspokoiło – i nawet jakbym nabrała ochoty do pisania.

Komorów. 10.XI.1962 sobota
Przez niespełna tydzień mojej nieobecności, opadły wszystkie liście oprócz liści oliwki, która – paradoksalna – ogałaca się najpóźniej, oprócz jaśminów, które nigdy nie żółkną i opadają zielone – i oprócz berberysu, którego krzak świeci bardzo jaskrawym karminem na tle mocno jeszcze zielonych trawników. Jak wyjeżdżałam, było jeszcze bardzo kolorowo – czemu mi tego żal? Czy jeszcze zobaczę wiosnę? Straszne jest to uczucie dojeżdżania do ostatniej stacji i chyba tej niewiedzy – czy ona tuż-tuż – czy jeszcze trochę dalej. Właściwie obchodzi mnie już tylko – jak umrę. Dużo ludzi czeka na moją śmierć. I z czym jeszcze zdążę – choć po co jeszcze z czymś jeszcze zdążyć? Dawno przeżyłam samą siebie i nie mam już nic nikomu do powiedzenia. A tu trzeba układać papiery, czasopisma – po co? Zważywszy na ilość fałszywych interpretacji i mojego życia, i mojej twórczości, powinnam jeszcze napisać moją autobiografię pisarską.
12.XI.1962 poniedziałek
Znów ten ciągle powracający obsesyjny sen o powrocie skądciś do Komorowa i zastaniu go zajętym przez gromadę obcych ludzi. Tym razem po prostu mnie wyrzucają, nie dają mi wejść. Ściany pomalowane w okropne desenie przez szablony, w jakieś szlaki. Jakieś na pół mi znane osoby, w każdej cząstka jakby kogoś znajomego, znajomego zwłaszcza jakiejś służącej. I coś z Brzostkowej, coś z Jasi, i coś z Loni. Ta z jakąś szczyptą Loni wydaje mi się szczególnie groźna.
Wreszcie opuszczam ten dom, tym razem towarzyszy temu szalona żałość, okrutna nostalgia, że już nigdy więcej nie zobaczę tych drzew, tego pejzażu (a są to zarazem trochę drzewa Russowi). Podobne uczucie, o podobnym natężeniu, tęsknoty miałam kiedyś w snach o wrocławskim ogrodzie Anny.
Powinnam była zanotować ten sen natychmiast, bo już po paru godzinach najistotniejsze szczegóły mi się zatarły.