4.I - 25.VII.1960

4.I.1960 poniedziałek
Brzostkowa w emocjach zawiadomiła, że proboszcz „idzie do nas z kolędą”. Jakoż przyszedł, bardzo ugrzeczniony, zapytując, czy może „dokonać poświęcenia domu”. „Ależ bardzo proszę”.
Pokropił (właściwie symbolicznie, bo nie widziałam, by padła choć kropla święconej wody) pokoje, ale zapomniał o miejscu najważniejszym, o kuchni i pokoiku Brzostkowej, dla której jedynej ta ceremonia miała realne znaczenie. Wskazałam mu dyskretnie drogę i poświęcił dziedzinę Brzostkowej, ofiarowując jej trzy święcone obrazki. Przymówił się o „nabycie moich książek” – ofiarowałam mu z dedykacją nowe wydanie „Nocy i dni”.

11.I.1960 poniedziałek
poniedziałek nocy zerwał się wiatr i wieje cały dzień. Mróz zelżał na pięć stopni. Ciśnienie spadło. Chwilami sypie trochę śniegu, lecz idzie, zdaje się do odwilży. Dzień mroczny. Pustka taka, że prócz ludzi idących niekiedy z kolejki żywego ducha nie widać. Głucha pustka i jak dla mnie- obcość straszliwa tego Komorowa. Jeszcze nigdy nie żyłam w tak absolutnej samotności i nie myślałam, że na taką samotność skazana będę w starości.

30.I.1960 sobota
Pani Hołyńska podobno jest na mnie obrażona o opowiadanie „Szczęśliwa istota”, choć dalibóg niczym jej w nim nie ubliżyłam, przeciwnie-jedynie „ferma psów rasowych” jest w nim potraktowana bez ironii.

18.III.1960 piątek
Tu w Komorowie, 20 km od stolicy kraju – toniemy w błocie po kolana. Żadne auto nie pokazuje się od dwu dni na terenie Komorowa. Ciężarówki z towarem dla kiosków musiano wyciągać z błota końmi. Nawet chodzić po tym błocie jest męczarnią.
Komorów jest upośledzony, jeśli idzie o najkonieczniejsze inwestycje cywilizacyjne. Jest w zasadniczej niełasce, karany za to, że był kiedyś siedzibą zamożnych ludzi, a częściowo eks-ziemian.

22.III.1960 wtorek
Oglądam ogród. Za mało mi tego wszystkiego. Za mało krokusów ma pączki, za mało tulipanów wychodzi z ziemi. Za późno wschodzą byliny, których jeszcze ani widu, ani słychu. Za żółta, za martwa mi jeszcze trawa.



Maria Dąbrowska 13.08.1958

Komorów. 31.V.1960 wtorek
Chcę uciec i przed Niepodległości. Męczy mnie aura Tuli i jej psa, niezadowolenie Anny – nęci spokój i wiosna Komorowa, i to poczucie, że to jest jednak jedyny jeszcze mój dom, miejsce, gdzie ja jestem ośrodkiem dyspozycji. Mnie tego potrzeba. Niepodległości stało się od dawna domem Anny, gdzie ja jestem tylko honorowym gościem, zupełnie w tej samej roli co na Lindego we Wrocławiu.

14.VII.1960 czwartek
Przyszli tłuści państwo z Ursusa ze swą suczką do Dyla. Suczka z początku gryzła, potem zaczęły się zaloty.
Właściciele jak dwie kluchy siedzieli na ławeczce. Ona żarła czereśnie (które jej podałam), choć uprzedziłam ją, że są z robakami. Obserwowałam psy z okna . Był to rodzaj zabawy czy pełnych wdzięku tańców i miało to w sobie coś niesamowicie „ludzkiego”. Kiedy się psie wesele odbyło, a staruchowie z suczką odeszli, byłam pewna, że Dyl będzie uspokojony na jakiś czas.
Tymczasem do wieczora tak szalał z tęsknoty za tą suczką, jakby się w niej teraz dopiero zakochał. Bez końca stawał w prawym kącie ogrodu, gdyż poszli w tamtą stronę – śpiewał, jęczał, myślałam, że siatkę rozgryzie.

25.VII.1960 poniedziałek
A oto jeden z kwiatków naszej ludowej administracji. Wszystkim narożnym domom w Komorowie polecono wywiesić dwie tabliczki z dwoma numerami. Np. mój dom ma mieć tabliczkę: ul.Kraszewskiego 3 i ul.Słowackiego 7. To nonsens zakrawający na obłęd.