2.X - 22.IV.1959

Warszawa 2.X.1958 czwartek
Nie wiem już, gdzie jestem u siebie. Czy na Niepodległości, czy w Komorowie? Gdzie jestem bardziej sobą – gdzie smutna, gdzie szczęśliwa? Jak to się dzieje, że mimo tylu rozpaczy właściwie czuję się szczęśliwa?
To już koniec nadchodzi, a mnie ciągle się zdaje, że znowu żyć zaczynam, że jeszcze tyle przede mną.

26.X.1958 niedziela
Tula ogromnie „reakcjonizuje” w tym komorowskim towarzystwie marzy już tylko o czasach przedwojennych, „kiedy były majątki ziemskie i każdy mógł mieć konia”. Oto przykład skutków złego, fatalnie załganego uczenia w szkole o sprawach społecznych i historii. Wszystko, co w głupi, zły sposób mówiła jej szkoła, spłynęło „jak z gęsi woda”. Ale to, co wpłynęło na to miejsce, nie jest lepsze.

21.XI.1958 piątek
Komorów – ta cicha, idealna dla mnie siedziba – jest piekłem dla większości tutejszych domów, na skutek złośliwego zagęszczenia domów budowanych na siedziby rodzinne. Okolice Warszawy, zabudowane w 20-leciu osiedlami, pomyślanymi w stylu europejskim – całe stały się piekłem na skutek dzikiego bądź przez kwaterunek zagęszczania willi ludźmi, co nic nie płacą, komorne ich wynosi 5 do 10 złotych, a żadnych świadczeń pokrywać nie chcą i w ogóle zachowują się bestialsko, pomiatając swymi gospodarzami. Są to wszystko ludzie nabożni, chodzący do kościoła.

9.XII.1958 wtorek
Komorowska Rada Gromadzka nie chce mnie meldować nawet okresowo, żąda wymeldowania z Warszawy, grozi kwaterunkiem, wrzeszczy (przewodniczący do p.Hani), że ja w ogóle nie mam prawa do przydziału opałowego. Słowem – klops, klops i klops.

10.II.1959 wtorek w nocy
Ta kompletna de’faillance, apatia, niezdolność do pracy (choć wciąż coś robię) w dzień i to nienaturalne bezsenne ożywienie w nocy. To właśnie także jakiś aspekt starości. Wciąż to uczucie, że w każdej chwili człowiek się przewróci i koniec wszechświata. Lub dopiero początek mnie.
Dzień przerywany. Inkasent z elektrowni, monter telefonów, uszkodzenie na linii. Praczka. Wreszcie gromada dzieci umalowanych, poprzebieranych. Niby karykatura dawnych turoni, chłopców z gwiazdą, niby pochód zapustnej maskarady. Z puszką „1000 szkół 1000-lecia”, w którą włożyłam stówkę. Śpiewają nędznie zwrotkę „Uciekła mi przepióreczka”. Na moją zachętę dziewczynka w czarnej robe /suknia/ śpiewa jakiś szlagier o zakochaniu się w aktorze. Daję im cukierki.


Ferma państwa Hołodyńskich

18.IV.1959 sobota
Rano Anna zawiadamia, że nie przyjedzie do Komorowa. Około czwartej przyjechała Tula i nieoczekiwanie …Anna. Byłam zresztą pewna, że przyjedzie.
I nagle – jakby wszystko przykre ktoś nagle odczarował – zrobił się czarowny rodzinny wieczór na wsi, prawie jak w „Annie Kareninie” Tołstoja.

21.IV.1959 wtorek
O 5 rano wyjrzałam oknem: osłupienie. Cały pejzaż oblepiony szczelnie i grubo śniegiem. Ani rąbeczka zieleni. Gałęzie rozkwitającej pod moim oknem śliwy – grube, białe liny, każdy pączek i kwiatek w białym kożuchu. Grządki tulipanów, narcyzów, kwitnących hiacyntów znikły pod wielkim śniegiem. – „Klęska wiosny?” – pomyślałam. – Nie, śnieg ocali wszystko przed zmarznięciem. Było dwa stopnie mrozu. Postrzępione chmury już rozpraszały się na niebie. Słońce groziło lada chwila.
Jakoż już o siódmej zaczął się istny „cud wielkopiątkowy”. W ciągu dwu godzin śnieg pozostał już tylko na trawie i na północnej stronie domu pani Tenczynowej. Cała zieleń, wszystkie kwiaty i pąki wyszły z katastrofy nietknięte, jakby jej nie dostrzegły. Sprawa śniegu okazała się wielką mistyfikacją, białym figlem natury.
Byłam dziwnie poruszona tym błyskawicznym zwycięstwem wiosny. To ciernie właśnie teraz kwitną, wcześniejsze4 w tym roku jak zawsze.

22.IV.1959 środa
Myślę pozbyć się Dyla. Jest piękny i sympatyczny, ale bardzo męczący. Przeszkadza mi w pracy (teraz już wszystko mi przeszkadza), nie jest karny ani posłuszny. Zbyt łatwo porzuca dom i sam do niego nie wraca.